Znów o lecącym na łeb na szyję czasie trochę się porozwodzę pisząc tu, no bo cóż, no leci on właśnie tak. Tak niedawno -30 na termometrach było, a dziś 60 stopni więcej pokazuje na skali słupka, coś tam w środku, w szklanej rurce zawieszone za oknem. Czyli +30. No bo to z matematyki wynika równania prostego. Tejże, od której lekcji dwa miesiące przerwy zaraz będą mieli uczniowie czy też „osoby uczniowskie” z paskiem czerwonym lub bez, z lodami za darmo na koniec nauki lub nie… No więc wakacje.
Fajny to czas beztroski dla młodych, luz bez obowiązków pewnych, nienormowane godziny kładzenia się spać i wstawania przede wszystkim, nielimitowany czas przed ekranem telefonu, tabletu, komputera a może i telewizora. Albo nielimitowane godziny gry w piłkę, jazdy na rowerze czy też spotkań z kolegami i koleżankami. Interaktywnie w sieci albo interpersonalnie, w zależności co tam młodzi preferują. Ach wakacje!!! Turcja, Egipt, Chorwacja, Bałtyk, góry, Mazury, lody, gofry, zapiekanki… Ach te wakacje, ach te atrakcje… Jak tu w dobrobycie ogólnym młodzieży szkolnej czas ten zapewnić by i odpoczynkiem, i niepowtarzalnością atrakcji właśnie, mocy dostarczyć nietuzinkowej. Kłopot taki rodziców współczesnych w tym temacie dopada nieco. Bo czym we wrześniu dziecię, w wypracowaniu pierwszym wykaże się przed innymi. „Kiedyś to było…” Takie opowieści, takie wypracowania, po powrocie do szkoły, były podobne do siebie. To czas spędzony na wsi przeważnie był, no chyba iż które tam dziecię, mieszczuchem z pokolenia na pokolenie było, to i inaczej o wakacjach swoich opowiadało.
Z nostalgią wspominam dwumiesięczne wakacje, zwłaszcza mając w perspektywie możliwość powzięcia za zgodą przełożonego ustawowego 14 dniowego urlopu. Bo to intensywność dwóch tygodni musi być taka, by coś zwiedzić, może rodzinę odwiedzić no i oczywiście odpocząć od codzienności pracy i rytmu dnia. Czasu mało…, gdyby mieć tak do dyspozycji te dwa miesiące… Byłoby łatwiej jakoś… z tym remontem zwłaszcza, co to od lat dwóch co najmniej już, aż się prosi w domu zrobić. Znaczy sam się nie prosi, to żona jakby bardziej nalega. Fajne zatem były te wakacje wszystkie, długie jakieś takie, nikt nie straszył upałami, nikt nie straszył burzami, nikt nie straszył kleszczami… Był „luz, blues i swoboda”. A teraz to wybierać trzeba, czy lipiec, czy sierpień, czy na początku, czy w drugiej połowie miesiąca brać ten urlop, a czy pogoda będzie, a może wyjechać gdzieś za miedzę, a może namiot spakować i na pojezierzu niedalekim się rozstawić, trudność za trudnością wyboru tego się wzmaga, więc może ten remont zrobić jednak…
Pobawił by się człowiek ponownie z psem, co to gospodarstwa dziadków pilnował, i z kotami co deratyzacją w zgodzie z naturą się zajmowały, i tego mleka w studni chłodzonego też by się napił… z laktozą takiego, co kisło po dniach kilku nie po miesiącach sześciu… Mućka ta, co owo mleko dawała, też wdzięcznym zwierzęciem była. I pogłaskać się dawała i radośnie wieczorem z pola na miejsce swoje wracała, bo rano spałem, to nie wiem w jakim nastroju na pastwisko szła. Atrakcji przeróżnych zatem nie potrzebowało się jakoś, wystarczyło to co było… jabłko kwaśne, poziomka z lasu, a i grusza słodka u sąsiada rosła… to i lubiłem sąsiada tego. Stawy hodowlane były blisko, za lasem, co to ani straży, ni monitoringu żadnego nie miały. W wodzie tej co wieczór miejscowa ludność ochłody po trudach dnia szukała, a dla dziecięcia, jak ja wówczas, euforia z pluskania dawała ogromną-dziś nie do uwierzenia.
Przeglądam zatem na stronach internetowych, gdzie tu spędzić urlop swój dwutygodniowy i wydać nań to co przez 11 miesięcy po trochu odkładane było. Może wybrać się tam, gdzie cykady, może tam, gdzie niedźwiedzie, może tam, gdzie komary, a może tam, gdzie paragony grozy… Nie wiem sam… A przecież ten remont jeszcze… Tak w jego kontekście rozmowę pewną zasłyszałem niedawno, co to dwóch jegomości prowadziło spotkawszy się przypadkowo:
– Urlop mam za tydzień.
-A farby i pędzle już masz?
Udanych urlopów, udanych wakacji życzy Dygresant Witebski!!!












