Budziński nie dokumentował już tylko śmierci i zniszczenia. Jego aparat rejestrował pierwsze oznaki powrotu do życia.
Na zachowanych kilkudziesięciu zdjęciach widzimy:
- dzieci ślizgające się na prowizorycznej ślizgawce w dawnym poniemieckim basenie przeciwpożarowym na placu Kolegiackim (który niestety zniszczył pozostałości podziemi kolegiaty św. Marii Magdaleny),
- łyżwiarzy na sadzawce w parku Wilsona,
- tłum ludzi przed Dworcem Zachodnim – pierwszy wyraźny znak, iż komunikacja i handel zaczynają się odradzać,
- trwającą odbudowę gmachu poczty, katedry i Arcybiskupiego Seminarium Duchownego na Zagórzu,
- rozbiórkę zrujnowanej Wieży Górnośląskiej (ostateczną decyzję podjęto dopiero w 1947 roku),
- ocalałe fragmenty dawnej tkanki miejskiej – kościół NMP na Ostrowie Tumskim, kolegium jezuickie.
Tam, gdzie u Zielonackiego dominował dramat, groza i pustka, u Budzińskiego pojawia się ostrożna nadzieja. Miasto jest przez cały czas morzem ruin, ale w kadrach już nieśmiało tętni życie: dzieci bawią się na lodzie, ludzie spieszą na dworzec, rusza uprzątanie ulic i pierwsze odbudowy.
Budziński – dziennikarz z wykształcenia i pasji – nie tylko rejestrował fakty. Tworzył wizualny zapis nadziei. Jego zdjęcia, obok dramatycznych fotografii Zielonackiego, tworzą dwugłos: rok 1945 to koszmar wojny i zniszczenia, rok 1946 to pierwsze kroki ku odrodzeniu.
Oba zbiory dzieli zaledwie kilkanaście miesięcy – a różnica jest ogromna. Zielonacki dokumentował śmierć miasta. Budziński – jego zmartwychwstanie.
Dziś te fotografie są jednym z najcenniejszych świadectw powojennego Poznania. Pokazują, iż choćby po największej katastrofie można zacząć od nowa – wystarczy kilka łyżew na sadzawce, dziecięcy śmiech na lodzie i ludzie idący w stronę dworca.

4 godzin temu











