Politycy obiecywali, sport zweryfikował

podhaleregion.pl 2 godzin temu

Mam problem z ostatnimi transferami dokonanymi przez hokejowe Podhale Nowy Targ. Nie dlatego, iż uważam je za niepotrzebne z czysto sportowego punktu widzenia. Rozumiem trenerów, którzy po kolejnych wysokich porażkach szukają sposobu na poprawę sytuacji. Choć mocno też powątpiewam, czy sprowadzeni zawodnicy, są w stanie znacząco odmienić oblicze drużyny. Oby „utarli” mi nosa.

Ale nie o poziom sportowy nowych zawodników tak naprawdę mi chodzi.

Chodzi o coś znacznie ważniejszego. O przedsezonowe deklaracje, wielkie słowa i wizję odbudowy nowotarskiego hokeja, którą tak chętnie przedstawiali nam politycy zaangażowani w tworzenie miejskiej spółki.

Pamiętacie? Podhale miało być oparte na wychowankach. To oni mieli stanowić fundament zespołu. Wynik miał nie być najważniejszy, bo liczyła się przyszłość, cierpliwość i długofalowa odbudowa. Wszystko brzmiało pięknie. Jak to zwykle w polityce. Były zapewnienia, wielkie plany i przekonywanie, iż właśnie w ten sposób zapewnimy nowotarskiemu hokejowi lepsze jutro.

Tyle iż sport to nie polityka. Tutaj rzeczywistości nie da się zaklinać słowami.

Dla mnie od początku było oczywiste, iż drużyna zbudowana w takim kształcie jest skazana na sportowe niepowodzenie. Trudno było oczekiwać, iż grupa nastolatków, choćby najbardziej ambitnych i utalentowanych, będzie w stanie skutecznie rywalizować z profesjonalnymi zespołami ekstraligi. Nie trzeba było czekać na pierwsze dwucyfrowe porażki, żeby to przewidzieć.

Ale skoro już zdecydowano się na taki model, skoro tak mocno akcentowano rolę wychowanków i przekonywano, iż wynik schodzi na dalszy plan, to oczekiwałem jednego — konsekwencji.

Bo mimo wszystkich sportowych upokorzeń fajnie było patrzeć, jak szansę gry w ekstralidze dostają 16- i 17-letni nowotarżanie. Jak uczą się seniorskiego hokeja, popełniają błędy, zbierają doświadczenie. I przyznam, iż w pewnym momencie pomyślałem sobie: kurczę, może to jednak ma jakiś sens? Może rzeczywiście warto zacisnąć zęby, przełknąć te wszystkie porażki i pozwolić młodym chłopakom się ogrywać? Skoro już obraliśmy taką drogę, to przynajmniej trzymajmy się jej konsekwentnie.

I nagle… jeden transfer, drugi, trzeci, czwarty…Białorusin, Fin, Amerykanin, Chińczyk… A przecież wcześniej mieliśmy już zaciąg zawodników z Tychów, Torunia i innych ośrodków. I z każdym kolejnym nazwiskiem coraz trudniej mi dostrzec w tym wszystkim spójną koncepcję.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Pozyskiwanie zawodników z zewnątrz nie jest niczym złym. To normalna praktyka w sporcie, na każdym jego poziomie. Tak buduje się drużyny, wzmacnia rywalizację i podnosi jakość zespołu. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Mam za to problem z tymi wszystkimi górnolotnymi, coraz bardziej pustymi hasłami, którymi karmiono nas przed sezonem. Z opowieściami o wychowankach, cierpliwości i wyjątkowej filozofii odbudowy klubu. Bo jeżeli od początku zamierzano budować drużynę również poprzez kolejne transfery, to po co było przekonywać wszystkich, iż obrano zupełnie inną drogę?

I to niestety niejedyny obszar, w którym przedsezonowe deklaracje zaczynają rozmijać się z rzeczywistością.

Przecież miało być również szkolenie młodzieży, stabilizacja całego nowotarskiego hokeja i kooperacja z MMKS Podhale. Tymczasem zamiast zapowiadanej wspólnej odbudowy mamy coraz większe napięcia na linii miejska spółka – MMKS. Stowarzyszenie, na którego sportowym sukcesie oparto przecież argumentację za powołaniem nowego podmiotu, dzisiaj może mieć pełne prawo czuć się jak niechciane dziecko tego projektu. Zamiast spokojnej współpracy i jasnego podziału obowiązków pojawiły się spory o przyszłość szkolenia, majątek i zasady funkcjonowania obu organizacji.

Co więcej, podczas jednej z październikowych dyskusji sam prezes spółki przyznał, iż w jego wyliczeniach finansowych nie uwzględniono szkolenia młodzieży. A przecież miało być ono jednym z fundamentów całego przedsięwzięcia! Jak więc traktować poważnie deklaracje o budowaniu przyszłości nowotarskiego hokeja, skoro na starcie nie zabezpieczono finansowania jednego z najważniejszych elementów tej układanki?

Podobnie jest z finansami.

Pamiętam optymistyczne wyliczenia dotyczące wpływów z biletów. W kalkulacjach przedstawianych przez jednego z radnych zakładano średnią frekwencję na poziomie 1200 widzów na mecz. Tymczasem rzeczywistość okazuje się znacznie mniej optymistyczna. Według dostępnych statystyk frekwencja nie osiągnęła dotąd choćby tysiąca osób na spotkaniu, a zdarzały się mecze, na których liczba kibiców oscylowała wokół 250.

I znowu — czy naprawdę aż tak trudno było przewidzieć, iż drużyna regularnie przegrywająca wysoko kolejne spotkania nie będzie przyciągała tłumów? Że sam sentyment do klubowego herbu i pięknej historii nie wystarczy, żeby co kilka dni zapełniać trybuny?

A sponsorzy? Przecież i tutaj słyszeliśmy optymistyczne zapowiedzi. Miało być zainteresowanie przedsiębiorców, budowanie relacji z biznesem, pozyskiwanie kolejnych partnerów. Tymczasem pod koniec września prezes spółki otwarcie przyznawał, iż nie ma jeszcze ani jednego sponsora. W październiku brak sponsorów był już jednym z argumentów uzasadniających potrzebę kolejnego finansowego wsparcia z miasta.

No właśnie. Miejska kasa.

Na początku pół miliona złotych kapitału zakładowego. Po kilku miesiącach konieczność dołożenia kolejnych 500 tysięcy złotych. Bo okazało się, iż koszty są większe, a zakładane przychody nie pojawiają się w oczekiwanym tempie. Zamiast finansowej stabilizacji i coraz większego udziału środków zewnętrznych mamy więc kolejne sięganie po publiczne pieniądze.

I żeby było jasne — nie przywołuję tych wszystkich faktów po to, żeby komuś złośliwie coś wytknąć. Nie czerpię żadnej satysfakcji z tego, iż kolejne założenia okazują się trudne do zrealizowania. Chciałbym, żeby Podhale funkcjonowało stabilnie, żeby szkolenie młodzieży było zabezpieczone, żeby sponsorzy ustawiali się w kolejce, a trybuny znów wypełniały się kibicami.

Tylko iż życzenia to jedno, a realia to drugie.

Przywołuję to wszystko, bo właśnie tak wygląda weryfikacja górnolotnych, moim zdaniem naiwnych haseł, którymi próbowano przekonać nas do całej koncepcji. Haseł, które dobrze brzmiały podczas politycznych dyskusji, ale których realizacja wymaga czegoś więcej niż dobrych chęci, entuzjazmu i przekonania o własnej racji.

Sport bardzo gwałtownie zweryfikował to, co politykom tak łatwo przychodziło wypowiadać przed sezonem. Zweryfikował zapewnienia o cierpliwości, wychowankach i przekonywanie, iż można odbudować ekstraligowy hokej na zupełnie nowych zasadach. Ale rzeczywistość zaczęła też weryfikować założenia organizacyjne i finansowe.

Bo o ile w polityce można długo opowiadać o sukcesach, planach i perspektywach, o tyle w sporcie przychodzi mecz, wychodzi się na lód i po sześćdziesięciu minutach wszystko staje się jasne.

Jeśli przed sezonem przekonywano nas, iż wynik nie jest najważniejszy, to dlaczego już po kilku miesiącach konieczne okazują się kolejne transfery? jeżeli priorytetem mieli być wychowankowie, to czy przez cały czas nim są? jeżeli spółka miała zapewnić stabilną przyszłość młodzieży, to dlaczego wciąż nie udało się uporządkować relacji z MMKS? I wreszcie — jeżeli zakładano określone wpływy z biletów, sponsorów i innych źródeł, to kto bierze odpowiedzialność za tak duży rozdźwięk między planami a rzeczywistością?

Nie mam pretensji do trenerów. Oni odpowiadają za przygotowanie drużyny i mają pełne prawo szukać wzmocnień. Nie mam też pretensji do sprowadzonych zawodników. Niech grają jak najlepiej i pomogą zespołowi.

Mam za to pretensje do tych, którzy próbowali przekonywać mieszkańców, iż mają gotowy pomysł na odbudowę hokeja, choć sportowe i finansowe realia już wtedy kazały poważnie wątpić w powodzenie tej koncepcji.

Tym bardziej iż nie mówimy o prywatnym przedsięwzięciu, w którym właściciel ryzykuje wyłącznie własne pieniądze. Mówimy o miejskiej spółce, na której funkcjonowanie przeznaczane są publiczne środki. A to oznacza również publiczną odpowiedzialność za podejmowane decyzje.

Na razie wygląda na to, iż plan, który tak efektownie prezentowano latem, już jesienią wymaga poważnych poprawek.

Idź do oryginalnego materiału