Nie każdy sportowiec zaczyna jako „ten wybrany”.
Nie każdy słyszy od początku, iż będzie grał na najwyższym poziomie.
Są tacy, którzy przez lata są „gdzieś obok”. Solidni. Niewyróżniający się.
Tacy, których nikt nie wpisuje do notatnika z napisem „przyszłość reprezentacji”.
A potem przychodzi moment, w którym okazuje się, iż to właśnie oni dochodzą najdalej.
Nie dzięki talentowi.
Nie dzięki szczęściu.
Dzięki uporowi.
To rozmowa o drodze, która miała wyglądać zupełnie inaczej.
O rodzinie, która daje więcej niż motywację.
I o sporcie, który uczy życia, zanim zacznie dawać wyniki.
Z.T. Kim jest dla Ciebie rodzina w świecie, w którym sport zabiera pół życia?
Ł.S. Rodzina jest dla mnie takim punktem odniesienia, czymś stałym. W sporcie wszystko jest zmienne, forma, klub, ludzie, miejsca, w których mieszkasz. Czasem w ciągu kilku lat zmieniasz pół życia. A rodzina to coś, co jest niezmienne. Wracam do domu i wiem, iż tam nie muszę nic udowadniać. Mogę być sobą, nie zawodnikiem, nie kimś ocenianym przez pryzmat statystyk czy wyniku. To jest dla mnie taki powrót do normalności. Odpoczynek, ale nie tylko fizyczny, bardziej mentalny. Reset głowy. Bez tego bardzo ciężko byłoby funkcjonować na dłuższą metę.
Z.T. Masz w rodzinie kogoś, kto mówi Ci prawdę, kiedy nie idzie?
Ł.S. Tak, i to jest bardzo ważne. Bo łatwo jest mieć wokół siebie ludzi, którzy mówią tylko to, co chcesz usłyszeć. A to nie rozwija. Moja żona zawsze mnie wspiera, ale jednocześnie potrafi spojrzeć na pewne rzeczy trzeźwo. Ona nie jest osobą, która będzie mnie krytykować dla samej krytyki, ale też nie będzie mnie bezrefleksyjnie chwalić. I to jest dla mnie bardzo cenne. Bo w sporcie często jesteś oceniany zero-jedynkowo: albo jesteś bohaterem, albo winowajcą. A ona daje mi taki bardziej wyważony obraz.
Z.T. Powiedziałeś o niej wcześniej bardzo mocne zdanie.
Ł.S. Tak, bo to jest prawda. Moja żona to mój najwierniejszy kibic, ale też moja najlepsza przyjaciółka. I mówię to zupełnie bez patosu. To jest osoba, z którą mogę porozmawiać o wszystkim, nie tylko o sporcie. Z którą mogę się pośmiać, ale też przejść przez trudniejsze momenty. W naszym świecie to jest ogromna wartość.
Z.T. Ona rozumie siatkówkę na poziomie, który Cię zaskakuje?
Ł.S. Bardzo często. I to nie jest przypadek. Ona od dziecka żyła tym sportem. Jeździła na mecze jako nastolatka, kibicowała konkretnym klubom, oglądała wszystko. Kiedy się poznaliśmy, to naprawdę było tak, iż ona oglądała każdy mecz, a ja czasem miałem tego dość i wyłączałem telewizor. I to jest trochę paradoksalne, ale prawdziwe.
Z.T. Czyli ona widzi więcej niż kibic?
Ł.S. Zdecydowanie. I czasem więcej niż zawodnik. Bo zawodnik patrzy bardzo wąsko na swoją rolę, swoją pozycję, swoją drużynę. A ona potrafi spojrzeć szerzej. Mieliśmy wiele rozmów, w których zmieniała moje spojrzenie na innych zawodników. Ja miałem swoje zdanie, a ona pokazywała mi inne aspekty, których nie brałem pod uwagę. I to jest coś, co bardzo rozwija.
Z.T. A Twoi rodzice? Jaką rolę odegrali w tej drodze?
Ł.S. Ogromną. I to od samego początku. Oni sami byli sportowcami, więc wiedzieli, jak to wygląda. Wiedzieli, iż to nie jest prosta droga, iż nie ma gwarancji sukcesu. I dzięki temu nie było u nas w domu jakiejś sztucznej presji. Raczej realistyczne podejście i wsparcie.
Z.T. Pamiętasz moment, który szczególnie Cię poruszył?
Ł.S. Tak. Ostatnio tata powiedział mi, iż jest w szoku, iż zaszedłem tak daleko. I to było dla mnie mocne, bo to nie był człowiek, który rzuca takie słowa na wiatr. On wiedział, jak wygląda sport. I jeżeli on mówi coś takiego, to znaczy, iż naprawdę to widzi.
Z.T. Czyli nie byłeś „oczywistym talentem”?
Ł.S. Nie byłem. I myślę, iż to jest ważne, żeby to powiedzieć głośno. Bo często młodzi zawodnicy myślą, iż jeżeli nie są gwiazdami w juniorach, to już po nich. A to nie jest prawda. Ja byłem zawodnikiem solidnym, ale nie wyróżniającym się. Nie byłem kimś, na kogo wszyscy stawiali.
Z.T. Pamiętasz moment, w którym pierwszy raz pomyślałeś: „mogę z tego zrobić coś więcej”?
Ł.S. To nie był jeden moment. To było raczej takie powolne budowanie przekonania. Z treningu na trening, z meczu na mecz. Zaczynasz widzieć, iż jesteś w stanie rywalizować, iż nie odstajesz, iż możesz iść dalej. I to się w pewnym momencie kumuluje.
Z.T. Co wtedy decyduje?
Ł.S. Charakter. Upór. Systematyczność. To są rzeczy, które brzmią banalnie, ale one naprawdę robią różnicę. Ja nie miałem jakiegoś jednego momentu przełomu. To było raczej powolne budowanie siebie jako zawodnika.
Z.T. Jak wyglądał Twój moment wejścia na wyższy poziom?
Ł.S. Telefon z Zawiercia. To był moment, który zmienił bardzo dużo. Nagle dostałem szansę, której wcześniej nie było. I trzeba było ją wykorzystać.
Z.T. Sześć lat w jednym klubie to dziś rzadkość.
Ł.S. Tak, i to był bardzo istotny etap. Awans, PlusLiga, nowe doświadczenia. To mnie ukształtowało jako zawodnika i jako człowieka.
Z.T. Ale dziś mówisz, iż pierwsza liga daje więcej. To mocne.
Ł.S. Bo to jest prawda z perspektywy zawodnika. Kibic widzi poziom, nazwiska, prestiż. A zawodnik widzi codzienność. I dla mnie granie, bycie częścią zespołu, realny wpływ na wynik daje więcej satysfakcji niż siedzenie na ławce, choćby na najwyższym poziomie.
Z.T. Czyli z perspektywy zawodnika ważniejsze jest „grać” niż „być na najwyższym poziomie”?
Ł.S. Dokładnie. Bo co z tego, iż jesteś na najwyższym poziomie, jeżeli nie grasz? jeżeli nie masz wpływu? Dla kibica liczy się liga, dla zawodnika liczy się codzienność. To, czy czujesz się potrzebny.
Z.T. Czyli wybór nie jest oczywisty?
Ł.S. Nie jest. Tym bardziej iż dziś dochodzi aspekt finansowy. Te różnice się zacierają. I nagle okazuje się, iż możesz mieć podobne warunki, ale zupełnie inne doświadczenie sportowe.
Z.T. Co daje większą frajdę?
Ł.S. Wygrywanie. Bycie na boisku. Czucie, iż jesteś potrzebny.
Z.T. Jakim jesteś człowiekiem poza boiskiem?
Ł.S. Myślę, iż spokojnym. Trochę upartym, na pewno. Ale też takim, który nie potrzebuje dużo. Doceniam prostotę, normalność.
Z.T. To rzadkie w dzisiejszym sporcie.
Ł.S. Może tak. Ale ja naprawdę nie potrzebuję wielkich rzeczy. Nie marzę o luksusie. Bardziej zależy mi na spokoju, stabilności.
Z.T. Jak widzisz swoją przyszłość?
Ł.S. Spokojnie. Bez pośpiechu. Może jako trener, może gdzieś bliżej natury. Nie potrzebuję wielkich planów, żeby czuć się spełnionym.
Z.T. Patrząc wstecz, jest coś, co zrobiłbyś inaczej?
Ł.S. Pewnie znalazłoby się kilka rzeczy. Każdy ma takie momenty. Ale z drugiej strony, ta droga mnie ukształtowała. Gdyby była łatwiejsza, być może nie byłbym tym samym człowiekiem. Więc chyba nie chciałbym jej zmieniać.
Z.T. Jesteś szczęśliwy?
Ł.S. Tak. I to jest chyba najważniejsze.
Z.T. Co chciałbyś powiedzieć kibicom?
Ł.S. Żeby kibicowali, cieszyli się sportem, ale nie zapominali o swoim życiu. Bo sport to emocje, ale nie warto żyć tylko nimi. Warto znaleźć równowagę.
Łukasz Swodczyk zostaje na kolejny sezon w barwach CHKS InPost Chełm.
To oznacza jedno – ta historia jeszcze się nie kończy.
Przed nim kolejne mecze, kolejne decyzje i kolejne momenty, które – jak sam pokazuje – nie zawsze pisze talent, a często charakter.
A my?
Będziemy patrzeć i kibicować, żeby ten kolejny rozdział zakończył się tak, jak lubią najbardziej sportowcy i kibice – zwycięsko.



![Uwaga! Wyłączą prąd, choćby na 10 godzin [Harmonogram]](https://miastons.pl/wp-content/uploads/tauron-1.jpg)


![Piłkarska niedziela: Polonia – Górnik [RELACJA LIVE]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/04/mecz-Polonia-Swidnica_-_LKS-Bystrzyca-Gorna-2026.04.04-14.jpg)









