Football kontra soccer. Jak Opolanie uczyli Amerykanów grać w piłkę nożną

14 godzin temu

Jakiś czas temu zamienili bowiem Opolszczyznę na Kalifornię i przez kilka miesięcy szkolili młodych piłkarzy w jednym z największych tamtejszych klubów młodzieżowych. Wyjazd okazał się nie tylko zawodowym wyzwaniem, ale także okazją do poznania amerykańskiego futbolu od środka – od szkolenia dzieci i młodzieży po atmosferę mundialu i sportowych widowisk. Dlatego też teraz opowiedzieli nam m.in. o kulisach tej pracy, życiu w Dolinie Krzemowej oraz różnicach między europejską i tamtejszą piłką nożną, tudzież soccerem.

– Dla mnie zawsze będzie to football. choćby nasz klub nazywał się Almaden Football Club, a nie Soccer Club – obrazuje ze śmiechem Damian, który pozostaje wierny ogólnoświatowej nomenklaturze.

Futbol kontra soccer

– Piłka nożna i podróże od dawna były naszą wspólną pasją. Gdy okazało się, iż można te dwie rzeczy połączyć, zdecydowaliśmy się na ten krok. Nie ukrywamy, iż praca w Akademii Legii Warszawa otworzyła nam takie możliwości – mówi i jak podkreśla, nie był to przypadek ani nagła okazja. – Lubimy przygody, ale nasza ścieżka zawodowa była zaplanowana. Ten plan powstał w naszych głowach kilka lat temu.

Podczas pobytu w Kalifornii oboje pracowali z wieloma grupami wiekowymi. Ona prowadziła drużyny U8 i U13 oraz pomagała w grupach rekreacyjnych. Damian odpowiadał za zespoły U10, U12 i U14, a w rundzie wiosennej został również drugim trenerem drużyny seniorów.

– Jak widać rozstrzał jest spory. Nie była to ścisła specjalizacja, a raczej zdobywanie kolejnego doświadczenia na różnych etapach szkolenia. Na szczęście w Polsce pracowaliśmy również z różnymi kategoriami wiekowymi, dzięki czemu było nam łatwiej – opowiada.

Zakres obowiązków nie odbiegał znacząco od tego, który znali z rodzinnego kraju. Jedna rzecz zwróciła jednak ich szczególną uwagę. Każdy zespół bowiem posiada „rodzica – managera”, który jest odpowiedzialny za pomoc trenerowi w sprawach organizacyjnych. I jak nie kryje sam Damian, na samym początku, gdy wszystko było dla nich nowe, ta pomoc była nieoceniona.

Klub wielkości małego miasta

Co interesujące klub, w którym pracowali, zrzesza około 3500 zawodników i zawodniczek. Tak duża liczba piłkarzy sprawia, iż treningi realizowane są w kilku lokalizacjach jednocześnie. A warunki były naprawdę dobre. Tym bardziej, iż do dyspozycji mieli zarówno boiska z naturalną trawą, jak i sztuczne nawierzchnie. Zresztą, z tego co mówi, to liczba i wielkość obiektów jest imponująca, a praktycznie każda szkoła posiada świetnie wyposażony kompleks sportowy. Największym zaskoczeniem okazał się jednak brak czegoś, co w Polsce wydaje się oczywistością.

– Tam praktycznie nie korzysta się z szatni. Być może wynika to z klimatu Kalifornii i niewielkiej liczby deszczowych dni. Przyznam jednak, iż trochę brakowało mi tej atmosfery – przyznaje.

Co ważne poziom sportowy młodych zawodników był bardzo zróżnicowany. W jednym roczniku funkcjonuje choćby pięć lub sześć drużyn, podzielonych według umiejętności.

– Wszystko zależy, z którą drużyną się pracuje. Są jednak wspólne mianowniki. Pozytywnym zaskoczeniem był wysoki poziom empatii wśród zawodników i zawodniczek, kooperacja drużynowa oraz dobre wychowanie. Jako minus wskazałbym niski poziom obserwacji i rozumienia gry wśród większości graczy – wylicza. – Natomiast drużyna seniorów, z którą pracowałem prezentowała zaskakująco wysoki poziom i spokojnie mogłaby rywalizować na poziomie naszej 3 ligi.

Trzy poziomy szkolenia i brak awansów

Co interesujące w Kalifornii piłka nożna cieszy się ogromną popularnością wśród najmłodszych. A nasz rozmówca widzi przynajmniej dwa tego powody Z jednej strony łatwy dostęp do klubów sportowych, z drugiej bardzo liczna społeczność latynoska, dla której piłka nożna jest sportem numer jeden. Za popularnością uprawiania futbolu nie zawsze jednak idzie popularność oglądania i pasjonowania się tym sportem.

– Nie ma takiej kultury piłkarskiej jak w Europie. Dzieci i młodzież często nie znają drużyn ani zawodników – przyznaje i gwałtownie też weryfikuje mit o tanim sporcie. – Rodzice płacą około 3500 dolarów rocznej składki. To pokazuje, iż wcale nie należy do tanich dyscyplin – tłumaczy i wyjaśnia przy okazji, iż nie trafił mu się żaden „uciążliwy rodzic”, choć od innych szkoleniowców o takowych słyszał. – Ja jednak albo miałem szczęście, albo na pierwszym zebraniu umiejętnie wyjaśniłem, jak powinna wyglądać rola rodzica w procesie treningowym, czyli wspierająca, a nie wymuszająca.

Ciekawy jest też tamtejszy system rozgrywek jakże różniący się od europejskiego. Kluby funkcjonują na trzech poziomach.

  • Pierwszy tworzą drużyny Elite, czyli najmocniejsze zespoły w danym roczniku rywalizujące w prestiżowych rozgrywkach, takich jak MLS Next 2 czy dziewczęce Girls Academy.
  • Kolejny poziom to Competitive – drużyny grające w ligach dopasowanych do swojego poziomu sportowego i trenujące trzy razy w tygodniu.
  • Najniżej znajdują się zespoły Recreational, które spotykają się dwa razy w tygodniu przez część roku i rozgrywają, głównie sparingi, między sobą.

– Wszystko jest mocno skomercjalizowane. Kluby same wybierają organizację, do której zgłaszają swoje drużyny. Zdarza się więc, iż dwa najmocniejsze zespoły w jednym mieście nigdy ze sobą nie grają, bo uczestniczą w innych rozgrywkach. Największą różnicą w porównaniu z Europą jest jednak brak klasycznego systemu ligowego. Nie ma awansów i spadków. To klub decyduje, na jakim poziomie zgłosi swoje zespoły – wyjaśnia.

Najtrudniejsza była wiza, potem z górki

Sam wyjazd do Stanów Zjednoczonych był dla Eweliny i Damiana spełnieniem zawodowych marzeń, jednak zanim rozpoczęli pracę na boiskach Kalifornii, musieli zmierzyć się z amerykańską biurokracją.

– Zdecydowanie najbardziej skomplikowany i uciążliwy był proces wizowy. Liczba dokumentów i formularzy, które trzeba było wypełnić, była tak duża, iż momentami miałem już tego wszystkiego dosyć – przyznaje Damian, ale też dodaje, iż gwałtownie po przylocie większość problemów zniknęła, a klub zadbał o to, by mogli skupić się wyłącznie na pracy. – Bardzo nam pomogli. Mieliśmy zapewnione zakwaterowanie, a każde z nas dostało do dyspozycji samochód. Dzięki temu znacznie łatwiej było odnaleźć się w nowym miejscu – zaznacza.

Tym bardziej, iż mieszkali w Kalifornii czyli jednym z najbardziej zróżnicowanych regionów Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszają się kultury i narodowości z całego świata.

– Społeczeństwo tam jest bardzo wielokulturowe. Inaczej zachowują się Japończycy, inaczej Meksykanie czy osoby pochodzące z innych części świata. Mimo to jest coś, co ich łączy.

Tym wspólnym mianownikiem okazała się życzliwość. Trenerzy i rodzice, z którymi mieliśmy najczęściej kontakt, byli niezwykle pomocni, wyrozumiali i wdzięczni – nie kryje dodając, iż pewnie wzięło się to stąd, iż wielu z nich również kilka, bądź kilkanaście lat temu, przeprowadziło się do USA. – Pamiętali czego osoby takie jak my mogą potrzebować na początku. Nigdy nie odczułem, żeby dla kogokolwiek przeszkodą był mój nieperfekcyjny angielski. Zdecydowana większość bardzo ceniła nasze zaangażowanie oraz wysokie kompetencje i kwalifikacje.

Miasta piękne, przyroda piękniejsza

Nie tylko dlatego życie tam gwałtownie przypadło im do gustu. Klimat, przyroda i codzienny rytm dnia sprawiały, iż choćby intensywna praca pozostawiała czas na odpoczynek.

– W Kalifornii żyje się świetnie. Słoneczna pogoda, uśmiechnięci ludzie i piękna przyroda. Mieliśmy również sporo wolnego czasu, ponieważ treningi odbywały się wieczorami, więc do godzin popołudniowych mieliśmy czas na wysypianie się, uprawianie sportu, zdrowe gotowanie oraz zwiedzanie – zdradza choć też przyznaje, iż gdy dołączył do sztabu drużyny seniorów to i pojawiło się więcej obowiązków. – Doszły analizy, planowanie treningów, spotkania trenerów i wiele innych obowiązków. Znacznie bardziej intensywne stały się również weekendy. Przy trzech, czterech drużynach ilość meczów była spora. Na szczęście grafik był tak skonstruowany, iż mecze nie kolidowały ze sobą.

W wolnych chwilach starali się maksymalnie wykorzystać pobyt za oceanem. W związku z czym chcieli zobaczyć jak najwięcej, co starali się robić, choć wciąż zostało im jeszcze wiele do zobaczenia. Niemniej w pamięci najbardziej zapadła mu natura. Aczkolwiek takie miasta jak Los Angeles, San Francisco czy Las Vegas również robiły ogromne wrażenie.

– Największe rozczarowanie i tutaj pewnie zaskoczę to Hawaje. Polecieliśmy tak jak mamy w zwyczaju, czyli budżetowo i widzieliśmy jak żyją Hawajczycy. Wszystko było mocno wysłużone, a ceny absurdalnie wysokie. Oczywiście kurorty były piękne, ale życie lokalnej ludności jest dalekie od życia w raju – zauważa.

Pogoda dla bogaczy

Jakby nie było też przeprowadzka na drugi koniec świata zawsze wiąże się z wyzwaniami. W ich przypadku każde z nich przeżywało to nieco inaczej. Szczególnie, iż dla niego to nie była pierwsza przeprowadzka ani pierwszy zagraniczny wyjazd, dlatego było mu stosunkowo łatwiej. Większym wyzwaniem okazała się adaptacja żony.

– Ewelina jest raczej introwertykiem i kontakt z ekstrawertycznymi Amerykanami bywał dla niej uciążliwy – wyjaśnia, choć i jemu zdarzało się tęsknić. – Za czym najbardziej? Standardowo. Rodzina, przyjaciele… a moja żona dodałaby jeszcze polskie jedzenie – wylicza ze śmiechem.

W dodatku tak się złożyło, iż oferta pracy pojawiła się z jednego z najdroższych miejsc w Stanach Zjednoczonych , czyli z Doliny Krzemowej, gdzie swoje siedziby mają firmy takie jak:

  • Google,
  • Apple,
  • Netflix itd.

– Było bardzo drogo, szczególnie usługi. Z pracy trenera można się utrzymać, ale trzeba prowadzić trzy, cztery zespoły. Jednak, aby coś odłożyć trenerzy prowadzą dodatkowe treningi indywidualne lub pracują w szkole czy na uczelni – wylicza i konstatuje, iż wychodzi na to, iż „podobnie jak to ma miejsce w Polsce”.

Mundial z bliska

Pobyt Eweliny i Damiana Serwuszoków w Stanach Zjednoczonych zbiegł się z wyjątkowym wydarzeniem – piłkarskimi mundialem. Dzięki temu mogli z bliska obserwować nie tylko sam turniej, ale także sposób, w jaki sposób futbol przeżywają Amerykanie.

– W centrach miast powstały strefy kibica, które przyciągały tłumy. Społeczeństwo jest bardzo wielokulturowe, więc praktycznie każda reprezentacja miała swoich fanów. Mundialowi sporo miejsca poświęcały również media. Myślę, iż wielu Amerykanów było zaskoczonych skalą całego wydarzenia i pasją ludzi z całego świata do piłki nożnej – opowiada Damian, choć też przyznaje, początek turnieju nie wywoływał jednak wielkich emocji. – Na początku było trochę spokojnie. Większość żyła jeszcze finałami NBA. Wszystko się jednak zmieniło po kilku zwycięstwach gospodarzy z USA i Meksyku. Wtedy mundial naprawdę zaczął być zauważalny.

Jako, iż mieszkali zaledwie kilkanaście kilometrów od Levi’s Stadium w Santa Clara, który na czas mundialu funkcjonował jako San Francisco Bay Area Stadium, to wybrali się na jeden z meczów. Mianowicie starcie Jordanii z Algierią.

– Pod względem sportowym było to spotkanie co najwyżej poprawne, ale atmosfera, oprawa i całe widowisko zrobiły ogromne wrażenie. Amerykanie naprawdę potrafią organizować wielkie wydarzenia – nie kryje.

Co ważne podczas pobytu w Kalifornii nie ograniczali się wyłącznie do futbolu. Korzystali z każdej okazji, by zobaczyć z bliska wszystkie najpopularniejsze amerykańskie ligi w najważniejszych dyscyplin sportowych. I choć byli na meczu MLS czyli tamtejszej elity piłkarskiej, to największe emocje wzbudziły jednak wydarzenia, które z „ich ukochanym sportem” nie miały wiele wspólnego.

– Najbardziej podobały nam się mecze koszykówki Golden State Warriors oraz hokeja San Jose Sharks. Lokalna drużyna piłkarska to San Jose Earthquakes, grająca w MLS. W tym sezonie grają dobrze i są w czubie tabeli. Najsłynniejszy piłkarz to prawdopodobnie Timo Werner. Jednak te mecze to nie to samo co piłka nożna w Europie – zdradza.

Rodzinny piknik > piłkarskie święto

Największa różnica widoczna jest jednak na trybunach. Jego zdaniem w Stanach Zjednoczonych adekwatnie nie ma kultury kibicowania w takim znaczeniu, jakie znamy z Polski czy innych państw Europy. Nie ma takiego „napięcia”. To bardzo przyjazne miejsce do wspólnego spędzania czasu. Z drugiej strony trudno spotkać prawdziwych fanatyków, którzy żyją swoim klubem przez cały rok.

– Jest to bardziej kultura piknikowa. Ludzie idą wspólnie spędzić czas z rodziną i znajomymi, zjeść tacosy oraz inne przekąski. Oczywiście nie ma w tym nic złego. Prawdziwych kibiców, pasjonatów z miłością do klubu raczej jednak nie spotkamy.

Po zakończeniu pracy w Kalifornii Ewelina i Damian wrócili do Polski. Czas spędzony w kraju wykorzystują przede wszystkim na spotkania z najbliższymi. A bazą wypadową jest jego dom rodzinny w Kadłubie Turawskim.

– Nadrabiamy zaległości rodzinne i koleżeńskie. Tego najbardziej nam brakowało podczas pobytu za oceanem – wyjaśnia, tym bardziej, iż na długo nie zostaną w Polsce, a kolejny rozdział ich zawodowej przygody jest już zaplanowany. – Już niedługo wyjeżdżamy do zupełnie innego regionu świata. I znów będzie to praca związana z piłką nożną.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

Idź do oryginalnego materiału