Czyszeckie plecionkarstwo na liście UNESCO. Mieszkańcy nie pozwolili zniknąć tradycji

6 godzin temu
A jednak to właśnie ono, ciche i niepozorne, zaprowadziło niewielki Cisek w naszym powiecie na jedną z najważniejszych list świata. Czyszeckie tradycje plecionkarskie zostały wpisane na Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. Certyfikat 21 kwietnia br. przedstawiciele depozytariuszy Alojzy Ketzler (inicjator akcji), Tomasz Bartkowiak-Ketzler, Andreas Wilk oraz Dyrektorka Gminnego Ośrodeka Kultury w Cisku Joanna Szarek-Tomala, odebrali w Warszawie z rąk minister Bożeny Żelazowskiej. Dla mieszkańców Ciska to nie tylko powód do dumy. To moment, w którym lokalna opowieść przestaje być tylko „nasza” – i zaczyna należeć do wszystkich, do całej ludzkości.– „Dostaliśmy takiego Nobla” – mówi bez patosu, ale z wyraźną satysfakcją Alojzy Ketzler, człowiek, od którego w dużej mierze ta historia się zaczęła.I trudno się z nim nie zgodzić. Rzeczy proste, które okazują się najtrwalsze. Lista UNESCO nie jest zbiorem wyłącznie monumentalnych obiektów i wymarłych tradycji. To nie tylko miejsca z kamienia i historii zapisanej w murach. To także – a może przede wszystkim – świat żywych tradycji. Takich, które istnieją tylko wtedy, gdy ktoś je praktykuje. Gdy ktoś pamięta, jak splata się wiklinę, jak przygotować materiał, jak ułożyć dłonie, by koszyk „trzymał formę”. One bez ludzi – znikają.Dlatego właśnie czyszeckie plecionkarstwo znalazło się w tym gronie. Bo mimo upływu lat nie zostało zamknięte w muzealnej gablocie. Ono wciąż żyje – w warsztatach, w przydomowych pracowniach, w pamięci i doświadczeniu tych, którzy nie pozwolili mu odejść.Nie było jednego przełomowego momentu. Nie było wielkiej kampanii ani spektakularnego startu. Jak mówi Alojzy Ketzler - Była za to decyzja: iż trzeba tę tradycję ocalić.Wspomina, iż wszystko zaczęło się od ludzi. Od zebrania grupy depozytariuszy – tych, którzy jeszcze potrafią, pamiętają, robią. Tych, dla których plecionkarstwo nie jest rekonstrukcją, tylko częścią życia.Potem przyszła praca, której nie widać na zdjęciach: dokumentowanie, opisywanie, zbieranie materiałów, rozmowy z ekspertami. Żmudny proces, który dla wielu kończy się na etapie pomysłu. Pracowało przy nim wielu, jak Joanna Banik z Narodowego Instytutu Dziedzictwa czy Aleksandra Szlagowska ze Stowarzyszenia Euro-Country. Najpierw była krajowa lista niematerialnego dziedzictwa. Rok 2023. Potem – krok trudniejszy: wejście na poziom międzynarodowy. Dziś wiadomo już, iż było warto.Za tym sukcesem stoją konkretne nazwiska. Nie instytucje, nie projekty – ludzie. Krystian Gordzielik, Alojzy Ketzler, Jan Knop, Hildegarda Jurzitza, Krystian Pordzik, Krystyna Proksa, Ginter Ryborz i Andreas Wilk. To oni są depozytariuszami tej tradycji. To ich ręce przez lata wyplatały kosze, ich doświadczenie budowało ciągłość, a ich upór sprawił, iż dziś można mówić o sukcesie. Bez nich nie byłoby niczego.Choć dziś najczęściej pada nazwa jednej miejscowości, ta historia ma znacznie szersze korzenie. Plecionkarstwo było kiedyś obecne w całym regionie – od okolic Opola, przez Dobrzeń Wielki i Chróścice, po mniejsze miejscowości, w których koszyk nie był ozdobą, tylko narzędziem pracy. Był wszędzie tam, gdzie trzeba było coś przenieść, przechować, zorganizować. Był częścią rytmu dnia. Potem przyszedł plastik. Szybszy, tańszy, wygodniejszy. I wiele z tych rzeczy – jak mówi Ketzler – „umarło śmiercią naturalną”.Ale nie wszystko. Bo są rzeczy, które trzymają się dłużej niż materiały, realizowane są w ludziach. Dziś najważniejsze pytanie nie brzmi już „czy to ma wartość?”. To pytanie zostało rozstrzygnięte. Dziś pytanie brzmi: co dalej?Depozytariusze mówią o tym wprost – trzeba uczyć młodych. Przekazywać nie tylko technikę, ale sens. Pokazać, iż w tych pozornie prostych czynnościach jest coś więcej: historia miejsca, doświadczenie pokoleń, sposób myślenia o pracy i świecie.Są pierwsze planowane działania. Warsztaty, próby odtworzenia upraw wikliny, kooperacja z lokalnymi instytucjami. To dopiero początek, ale – jak mówią sami zaangażowani – jest energia i są ludzie. A to zawsze najważniejsze.W całej tej opowieści pozostało jeden wymiar – może najbardziej symboliczny. Bo nie każda gmina w Polsce może powiedzieć, iż jej lokalna tradycja trafiła na listę UNESCO. Że coś, co powstawało w ciszy warsztatów i przydomowych podwórek, zostało uznane za część dziedzictwa całej ludzkości. To wydarzenie zmienia perspektywę. Pokazuje, iż warto patrzeć na to, co bliskie – bo często właśnie tam kryją się rzeczy najcenniejsze. I najważniejsze. Na końcu tej historii nie stoją ani certyfikaty, ani listy, ani instytucje. Stoją wspaniali i skromni ludzie.Ci, którzy przez lata robili swoje. Ci, którzy uznali, iż warto to ocalić. I ci, którzy dziś chcą przekazać to dalej.Dzięki nim Cisek nie tylko zapisał się na mapie UNESCO. Zapisał się w historii ludzkości, zapisał się w sercach wszystkich mieszkańców naszego powiatu.
Idź do oryginalnego materiału