
W lokalnym sporcie najłatwiej zauważyć zawodników. To oni wychodzą na boisko, zdobywają bramki, odbierają puchary i pojawiają się na fotografiach. Znacznie rzadziej pamięta się o ludziach, którzy wcześniej skosili murawę, wymalowali linie, zdobyli piłki, znaleźli sędziego, przygotowali regulamin i przekonali innych, iż warto poświęcić niedzielne popołudnie na wspólne granie. Bez nich nie byłoby jednak ani meczów, ani turniejów, ani sportowych wspomnień przekazywanych później z pokolenia na pokolenie. Ryszard Nilipiuk z Krasówki koło Włodawy od ponad czterdziestu lat należy właśnie do takich ludzi.
Mówią o nim Człowiek orkiestra: działacz, organizator, spiker, sędzia, trener, członek sportowych władz, pracownik samorządowy, a przede wszystkim społecznik. W zależności od potrzeb potrafił przygotować zawody, poprowadzić mecz przez mikrofon, znaleźć transport, pozyskać sprzęt, zaprosić gości, ustawić drużyny, a na końcu dopilnować, żeby każdy wrócił do domu z poczuciem dobrze spędzonego czasu.
Wszystko zaczęło się w Krasówce
Ryszard Nilipiuk od 1986 roku nieprzerwanie do dziś zaangażowany jest w rozwój sportuw regionie, pracując i działając w strukturach Ludowych Zespołów Sportowych, a wcześniej także Lubelskiego Związku Piłki Nożnej, Chełmskiego OZPN, PKS „Brzózki” oraz Włodawianki.
Ryszard Nilipiuk urodził się 29 marca 1963 roku we Włodawie. Data ta, choć dziś nie budzi wątpliwości, przez lata potrafiła sprawiać kłopoty. Na niektórych szkolnych dokumentach widniał bowiem 30 marca. Sam zainteresowany żartuje, iż dawniej zapisywano ludzi na różne sposoby, a urzędowe pomyłki nie należały do rzadkości.
Także nazwisko w rodzinnych dokumentach występowało w różnych formach. Do osiemnastego roku życia Ryszard posługiwał się innym zapisem (Nielipiuk) niż ten, który nosi w tej chwili – Nilipiuk. To jedna z tych rodzinnych historii, które po latach opowiada się przy stole z uśmiechem, choć kiedyś mogły być źródłem niemałego zamieszania.
Najważniejsze było jednak nie miejsce wpisane w akcie urodzenia, ale Krasówka – wieś, w której dorastał i która ukształtowała jego sposób patrzenia na sport, ludzi i społeczną działalność.
Najstarszy brat Krzysztof, starszy od Ryszarda o cztery lata, urodził się jeszcze w Krasówce i został odebrany przez miejscową akuszerkę. Ryszard przyszedł już na świat we włodawskim szpitalu, ale dzieciństwo spędził właśnie na wsi.
Pierwszych pięć klas szkoły podstawowej ukończył w Krasówce. Później, wskutek zmian demograficznych i reorganizacji szkolnictwa, dzieci z Krasówki, PGR Korolówka i Żukowa połączono w jednej placówce. Kolejne trzy lata nauki spędził więc w Żukowie.
Jak wspomina, była to swoista szkoła przetrwania. W większej grupie trzeba było nauczyć się walczyć o swoje miejsce, odnajdywać w nowym środowisku i budować relacje z rówieśnikami pochodzącymi z kilku miejscowości. Później przyszedł czas na Zespół Szkół Rolniczych w Korolówce, a następnie służbę wojskową. Zanim jednak dorosłe życie zaczęło wyznaczać własny rytm, najważniejszym punktem na mapie świata pozostawało boisko.
Bohaterowie z sąsiedztwa
Pod koniec lat sześćdziesiątych w Krasówce działała już drużyna piłkarska Ludowego Zespołu Sportowego. Ryszard był wtedy kilkuletnim chłopcem, który przyglądał się starszym zawodnikom z mieszaniną podziwu i fascynacji. Nie byli dla niego zwyczajnymi mieszkańcami wsi. Gdy zakładali czarne koszulki i charakterystyczne, grube getry, stawali się bohaterami. Lokalnymi gladiatorami, jak po latach sam Nilipiuk ich określa.
Dla dziecka nie miało znaczenia, iż drużyna występowała w lidze powiatowej, na poziomie klasy C. Skala rozgrywek była drugorzędna. Liczył się sam fakt, iż ci ludzie reprezentowali Krasówkę, wyjeżdżali na mecze i wracali z wynikami, o których rozmawiała później cała miejscowość. Jedną z najsilniej zachowanych scen z młodości w pamięci Ryszarda Nilipiuka jest oczekiwanie na powrót drużyny z Wisznic.
– Mecz miał przesądzić o awansie do klasy B. Z Krasówki wyruszyła niewielka grupa kibiców: kilka osób na motocyklach, ktoś na motorowerze, a prawdopodobnie także dwóch śmiałków na rowerach. Do pokonania było około trzydziestu kilometrów, ale odległość nie miała znaczenia. Najważniejsze było, czy drużyna osiągnie upragniony cel. Ci, którzy zostali, zgromadzili się przy remizoświetlicy. Czekało niemal pół wsi. Wreszcie nadjechał pierwszy motocykl. Prowadził go Leszek Tarasiuk jeden z miejscowych zawodników i działaczy, człowiek wyjątkowo oddany lokalnemu sportowi. Wynik brzmiał 1:1. Ten remis oznaczał awans – wspomina Ryszard Nilipiuk i zaznacza, iż dziś trudno odtworzyć wszystkie szczegóły tamtego popołudnia, ale pozostało wspomnienie euforii i dumy.
Dla mieszkańców Krasówki nie był to sukces anonimowego zespołu. Wygrywali ich sąsiedzi, bracia, kuzyni i koledzy. Drużyna należała do całej wsi.
– Dla mnie oni byli bohaterami, tak jak później Andrzej Szarmach czy Grzegorz Lato, tylko iż byli na miejscu – dodaje Nilipiuk.
Możliwość podania im piłki podczas treningu była dla chłopców zaszczytem. Czasami piłka była zresztą tylko jedna. Kiedy się zużyła, trzeba było czekać, aż ktoś zdobędzie albo przywiezie następną. W takim świecie rodziła się sportowa pasja.
Gazety, wyniki i… starsi bracia
Miłość do sportu miała także swoich pierwszych przewodników. Jednym z nich był Tadeusz Michaluk (na zdjęciu z Leszkiem Tarasiukiem i Mieczysławem Wawryszukiem, ojcem obecnej dyrektor MOSiR Włodawa i działaczki LZS od wielu lat – Marty Wawryszuk), sąsiad rodziny Nilipiuków, późniejszy żołnierz zawodowy, który po latach zamieszkał we Wrocławiu. Był m.in. ławnikiem w słynnej aferze korupcyjnej w polskiej piłce związanej z „Fryzjerem”. To właśnie on przynosił sportową prasę: „Przegląd Sportowy”, krakowskie „Tempo”, katowicki „Sport” i inne gazety poświęcone rywalizacji na stadionach i halach. Dla młodego chłopca każdy numer był oknem na świat. W czasach bez internetu, kanałów sportowych dostępnych przez całą dobę i natychmiastowych relacji prasowych wyniki oraz informacje poznawało się z opóźnieniem. Gazetę czytało się dokładnie, często od pierwszej do ostatniej strony.
Duże znaczenie miał także najstarszy brat Krzysztof. Cztery lata różnicy wieku wystarczały, by młodszy brat patrzył na niego jak na przewodnika. Krzysztof szybciej czytał, lepiej orientował się w wynikach i nazwiskach sportowców, a Ryszard podążał za nim. W rodzinie było trzech braci: najstarszy Krzysztof, Leszek oraz najmłodszy Ryszard. Wszyscy uczestniczyli w sportowym życiu wsi, jednak to Krzysztof i Ryszard najmocniej połknęli piłkarskiego bakcyla. Sport nie był dla nich jednym z wielu zajęć. Stawał się sposobem przeżywania dzieciństwa. Wyznaczał niedziele, budował hierarchię miejscowych bohaterów i tworzył więź z ludźmi starszymi o całe pokolenie.
Klub narodzony po igrzyskach
Według zachowanych wspomnień LZS Krasówka powstał w 1960 roku. Impulsem miały być igrzyska olimpijskie w Rzymie, podczas których polscy sportowcy zdobywali medale między innymi w boksie i innych popularnych wówczas dyscyplinach. Olimpijski sukces działał na wyobraźnię także w małych miejscowościach. Jednym z inicjatorów powstania zespołu był Kowalczuk, który dzięki kontaktom z ówczesnymi strukturami odpowiedzialnymi za kulturę fizyczną zdobył pierwszą piłkę do siatkówki.
– Ta piłka uruchomiła lokalną energię. Resztę młodzi mieszkańcy Krasówki zaczęli organizować własnymi siłami. Nie czekali na rozbudowane programy, dotacje czy nowoczesną infrastrukturę. Najpierw była chęć grania. Dopiero później pojawiały się pytania o sprzęt, stroje i miejsce do rozgrywania spotkań. W realiach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych choćby posiadanie pieniędzy nie oznaczało jeszcze, iż można było łatwo kupić potrzebne wyposażenie. Sklepów sportowych było niewiele, wybór ograniczony, a dostawy nieregularne. – Każda piłka, koszulka, para spodenek czy getrów miała ogromną wartość – wspomina Nilipiuk.
Nie wyrzucano sprzętu tylko dlatego, iż przestał wyglądać idealnie. Naprawiano go, przekazywano młodszym zawodnikom, przechowywano jako klubowy majątek. Jedna z par dawnych getrów zachowała się u Ryszarda Nilipiuka do dziś. Czarnej koszulki z tamtej epoki nie udało się ocalić. Gdzie mieszkał z rodziną wszyscy dobrze wiedzieli, bo od wiosny do późnej jesieni wskazywały na to rozwieszone na podwórku piłkarskie stroje, które prały mama Rozalia i babcia Ewa.
Zawodnik, działacz, przewodniczący
Po zakończeniu służby wojskowej w 1985 roku Ryszard Nilipiuk został przewodniczącym Ogniwa LZS Krasówka. Miał dwadzieścia dwa lata. Formalna funkcja przyszła jednak dopiero wtedy, gdy sport od dawna był już częścią jego życia. Znał klub od dzieciństwa, obserwował starszych zawodników, uczestniczył w miejscowych wydarzeniach i rozumiał, jak wiele wysiłku wymaga utrzymanie drużyny.
Podczas jego pobytu w wojsku piłkarze Krasówki wygrali rozgrywki klasy C. Następnie przyszło zwycięstwo w klasie B i historyczny awans do klasy A. Drużyna zadomowiła się na tym poziomie na wiele lat i uchodziła za wymagającego przeciwnika. Początkowo opierała się przede wszystkim na mieszkańcach Krasówki. Wieś była wówczas liczniejsza, a młodych mężczyzn chętnych do gry nie brakowało.
Z czasem zespół zaczęto wzmacniać zawodnikami z okolicznych miejscowości. Nie zmieniło to jednak jego charakteru. Rdzeniem pozostawali ludzie związani z Krasówką i gotowi pracować nie tylko na boisku. Bo w tamtym sporcie zawodnik rzadko przychodził wyłącznie na mecz. Trzeba było przygotować murawę, zespawać bramki, wyznaczyć linie, zdobyć siatki, zatroszczyć się o transport i dopilnować, by spotkanie w ogóle mogło się odbyć. Granica między piłkarzem, gospodarzem obiektu i działaczem praktycznie nie istniała. Klub był wspólnym obowiązkiem.
Linie z trocin
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów boiska w Krasówce były linie. W wielu miejscowościach wysypywano je wapnem. Później pojawiły się specjalne wózki i emulsje, które pozwalały dokładniej oznaczać pole gry.
– Krasówka nigdy nie dorobiła się jednak podobnego urządzenia. Przez całą historię miejscowego LZS linie wyznaczaliśmy trocinami. Przygotowania rozpoczynały się zwykle wcześniej. Mój ojciec jechał do rodzinnego lasu po odpowiednie drewno. Musiało być jasne, aby powstałe trociny były dobrze widoczne na murawie. Następnie materiał przewoziliśmy na boisko i manualnie wysypywaliśmy wzdłuż wyznaczonych granic. Metoda miała swój urok, ale także niedoskonałości – podkreśla Ryszard Nilipiuk.
Pod koniec rundy przy liniach końcowych tworzyły się niewielkie wały. Zdarzało się, iż piłka, która powinna opuścić boisko, zatrzymywała się na nagromadzonych trocinach i nie chciała wypaść poza pole gry. Było to jedno z wielu lokalnych rozwiązań, które dziś mogłyby wydawać się anegdotą, ale wówczas stanowiły zwyczajną część sportowej codzienności. Grano wówczas w takich warunkach, jakie udało się stworzyć. Boisko w Krasówce znajdowało się na tak zwanym wygonie – rozległej wspólnocie wiejskiej liczącej kilkadziesiąt hektarów. Na co dzień wypasano tam konie i owce. Przyjezdne drużyny gwałtownie przekonywały się, iż w Krasówce mecz może mieć nieoczekiwany przebieg.
– Podczas jednego ze spotkań sędzia Edek Paw z Rejowca musiał przerwać grę, ponieważ spłoszone konie przebiegły przez boisko. Scena przypominała western. Zwierzęta przemknęły przez murawę, zawodnicy odczekali chwilę, po czym spotkanie wznowiono – wspomina z uśmiechem Nilipiuk.
Samo położenie boiska także nie ułatwiało gry. Latem panował tam upał, wiosną i jesienią mocno wiało, a otwarta przestrzeń potęgowała chłód. Przyjezdni nie zawsze czuli się komfortowo. O punkty w Krasówce było jednak trudno nie tylko z powodu pogody.
– Nasza drużyna była waleczna, dobrze zorganizowana i przekonana, iż gra u siebie oznacza obowiązek obrony własnego terenu. Skromne warunki nie odbierały jej ambicji. Przeciwnie – budowały charakter zespołu – dodaje Ryszard Nilipiuk, który właśnie w takim otoczeniu uczył się, czym naprawdę jest lokalny sport. A ten nie był produktem profesjonalnych akademii, nowoczesnych stadionów i rozbudowanych struktur. Rodził się z przywiązania do miejscowości, potrzeby wspólnego działania oraz przekonania, iż drużyna jest sprawą całej społeczności. Krasówka nauczyła go również, iż sukces nie zaczyna się od medalu. Zaczyna się od znalezienia piłki, przygotowania trocin, przyspawania bramki, od zebrania ludzi, którzy uwierzą, iż warto wyjść na boisko.
Ta lekcja miała towarzyszyć mu przez następne czterdzieści lat. Pierwszego maja 1986 roku Ryszard Nilipiuk otrzymał bowiem propozycję pracy w Radzie Wojewódzkiej Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe w Chełmie. Z LZS związany jest do dziś (jako wiceprezes Wojewódzkiego LZS). Ale o tym, a także o niezwykle aktywnej działalności na rzecz piłki nożnej w regionie oraz przygotowaniach do jubileuszu 80-lecia LZS w Powiecie Włodawskim oraz 40-lecia sportowej działalności Ryszarda Nilipiuka, które odbędą się 6 września w Orchówku nad Bugiem, napiszemy za tydzień, w kolejnym wydaniu Nowego Tygodnia.

2 dni temu
















