Zasady u mnie są proste: najpierw kibicuję Polsce, potem oczywiście Australii. Jednak z uwagi na w pełni zasłużoną, bezdyskusyjną i – nie oszukujmy się – wypracowaną na własne życzenie nieobecność biało-czerwonych na tegorocznym Mundialu (daruję sobie większe złośliwości, bo kopanie leżącego to żadna sztuka), to właśnie Socceroos stali się moim numerem jeden.

















