30 lat WTZ w Proszówkach. Kierownik Edward Firek: „Nic tak nie buduje, jak satysfakcja z realnego dzieła” – WYWIAD

3 godzin temu

Kilka tygodni temu Warsztat Terapii Zajęciowej w Proszówkach obchodził jubileusz 30-lecia istnienia. Z tej okazji Edward Firek, kierujący placówką niemal od samego początku, w wywiadzie dla Bochnianin.pl podsumowuje trzy dekady walki o godność osób z niepełnosprawnościami – od trudnych początków, przez dramatyczną walkę z powodzią, aż po odważne plany rozbudowy i marzenie o Zakładzie Aktywności Zawodowej.

W tym wywiadzie przeczytasz o:
  • 30-letniej historii WTZ w Proszówkach – od trudnych początków w 1996 roku po dzisiejszy, profesjonalny ośrodek;
  • najtrudniejszych próbach, czyli niszczycielskiej powodzi oraz walce o utrzymanie placówki po upadłości spółdzielni inwalidów;
  • skutecznej integracji społecznej poprzez unikalne aukcje charytatywne oraz sukcesy podopiecznych w zawodach sportowych;
  • sile stabilnego zespołu pracowników, który od trzech dekad stanowi fundament działalności warsztatu;
  • wizji przyszłości, obejmującej rozbudowę bazy o teren stawu oraz szansę na powstanie w powiecie bocheńskim ZAZ-u.

Mirosław Cisak, Bochnianin.pl: – W tym roku mija dokładnie 30 lat, odkąd Warsztat Terapii Zajęciowej w Proszówkach zaczął pisać swoją historię. Pan jest w nim niemal od samego początku. Z jaką wizją przychodził pan do pracy we wrześniu 1996 roku?

Edward Firek, kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej w Proszówkach: – Szczerze mówiąc, myślałem wtedy, iż to będzie tylko krótki przystanek na mojej drodze zawodowej. Warsztat zaczął funkcjonować 29 lutego 1996 roku jako inicjatywa zarządu Bocheńskiej Spółdzielni Inwalidów. Trafiłem tutaj kilka miesięcy później, 1 września. To był czas wielkiej transformacji ustrojowej, słynnego planu Balcerowicza, który wymusił nowe podejście do przygotowania osób z niepełnosprawnościami do samodzielnego życia zawodowego i społecznego. Nikt z nas wtedy dokładnie nie wiedział, jak to ma wyglądać, nie było gotowych wzorców. Dziś, po trzech dekadach, mogę powiedzieć, iż nie wyobrażam sobie innej pracy.

Zaczynaliście w zupełnie innej skali. 25 uczestników, mniejsza kadra, skromne warunki. Jak bardzo zmienił się WTZ przez te lata?

– Zmieniło się niemal wszystko. Zaczynaliśmy z grupą 25 osób, dziś pod opieką mamy 45 uczestników. Powierzchnia warsztatu powiększyła się o nowe pracownie, które dobudowywaliśmy własnymi siłami. Na początku problemem był choćby transport – dysponowaliśmy bardzo małym busem. Dziś mamy profesjonalny samochód, a nasz gabinet rehabilitacji jest wyposażony w sprzęt, którego nie powstydziłyby się specjalistyczne ośrodki. To, co jednak najważniejsze, to zmiana podejścia. Od początku trzymamy się zasady, iż nie wykonujemy prac nikomu niepotrzebnych. Uczestnicy tworzą konkretne rzeczy, które komuś się podobają i które można sprzedać. Nic tak nie buduje poczucia własnej wartości, jak satysfakcja z realnego dzieła.

Historia WTZ to jednak nie tylko rozwój, ale i momenty, w których ważyły się losy placówki. Które wydarzenia były według pana najtrudniejsze?

– Bez wątpienia dwa momenty: powódź z 2010 roku i widmo likwidacji po upadłości Bocheńskiej Spółdzielni Inwalidów. Powódź przyszła nagle. W ciągu pół godziny woda na podwórku podniosła się o półtora metra, niosąc ze sobą muł i zniszczenie. Do normalnej pracy wróciliśmy jednak już po trzech tygodniach dzięki niesamowitej solidarności ludzi, przede wszystkim rodziców i pracowników – wspólnie przez te kilka tygodni sprzątaliśmy pomieszczenia. W odbudowie wyposażenia finansowo bardzo pomogły nam wtedy firmy farmaceutyczne Novartis Poland oraz Sandoz Polska.

Drugi kryzys przyszedł w latach 2014-2016, gdy Bocheńska Spółdzielnia Inwalidów stanęła w obliczu bankructwa. Groziła nam utrata dachu nad głową. Na szczęście likwidator spółdzielni, pan Henryk Zdebski – człowiek, który sam kiedyś zakładał pierwszy WTZ w Katowicach – zrozumiał naszą sytuację i dotrzymał słowa, iż utrzyma to miejsce. Ostatecznie pomieszczenia wykupiło Starostwo Powiatowe w Bochni, a prowadzenie warsztatu 1 stycznia 2018 roku przejęło Stowarzyszenie „Amicus Hominis” i mogliśmy odetchnąć.

Mówiąc o sukcesach WTZ w Proszówkach, nie sposób nie wspomnieć o waszych aukcjach charytatywnych. Podobno ich początek wiąże się z pewną anegdotą z drugiego końca świata?

– To prawda, impulsem był prezent od zakonnika z Dominikany. Przyniósł nam pamiątki od tamtejszej ludności i powiedział: „zróbcie coś z tym, może ktoś to kupi”. Dołożyliśmy prace naszych uczestników i tak w 1996 roku odbyła się pierwsza aukcja. Początki były trudne, środowisko było nieufne, czasy finansowo ciężkie dla wszystkich. Ale z każdym rokiem przybywało darczyńców. Lokalna społeczność zobaczyła, iż my nie tylko wyciągamy rękę po pomoc, ale też dajemy coś od siebie – piękne, wartościowe przedmioty. Dzięki tym środkom od 12 lat całkowicie sami finansujemy m.in. letnie wyjazdy nad morze.

Wspomniał pan o „wyjściu na zewnątrz”. To jeden z filarów waszej rehabilitacji?

– Zdecydowanie. Integracja społeczna to najtrudniejszy, ale i najważniejszy element. Chcemy, by nasi uczestnicy umieli odnaleźć się w świecie, a społeczeństwo nauczyło się, iż to wartościowi ludzie. Stąd nasze zawody wędkarskie, strzeleckie, pływackie czy turnieje w cymbergaja o zasięgu wojewódzkim. Rywalizacja uczy pokonywania nieśmiałości. Mamy też piękne przykłady absolwentów, którzy po latach spędzonych u nas założyli rodziny, pracują i świetnie radzą sobie w życiu.

Z czego po tych 30 latach jest pan najbardziej dumny?

– Z ludzi. I mówię to bez żadnego wahania. Moim największym sukcesem jest to, iż udało mi się stworzyć zespół, na którym mogę polegać w każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji. W dzisiejszych czasach, przy tak zmiennych realiach finansowych, utrzymanie stabilnej kadry to ogromne wyzwanie, a u nas są osoby, które pracują od 20, a choćby 30 lat.

W tym miejscu chciałbym im wszystkim bardzo podziękować. To dzięki ich pasji, profesjonalizmowi i niesamowitej empatii nasz warsztat ma dziś takie oblicze. Przetrwaliśmy wspólnie powódź i kryzysy organizacyjne, a oni zawsze byli przy uczestnikach, dając z siebie wszystko. Są to osoby wielozadaniowe, które nie tylko uczą konkretnego fachu, ale przede wszystkim budują z naszymi podopiecznymi relacje oparte na zaufaniu. Bez ich codziennego zaangażowania i serca, które wkładają w tę pracę, WTZ Proszówki nie byłby tym samym miejscem.

Przed warsztatem kolejne lata. Patrząc szerzej na system wsparcia osób z niepełnosprawnościami w naszym regionie, czego dziś najbardziej brakuje, by ich rehabilitacja zawodowa była kompletna?

– Moim wielkim marzeniem i palącą potrzebą całego powiatu jest powstanie Zakładu Aktywności Zawodowej (ZAZ). To ogniwo, którego od lat brakuje w naszym systemie. Warsztaty Terapii Zajęciowej wykonują ogromną pracę przygotowawczą – uczymy konkretnych umiejętności i samodzielności – ale nasi absolwenci często nie mają gdzie pójść dalej, by podjąć realne zatrudnienie w warunkach chronionych. Z tego co wiem, jest w tej chwili realna szansa, by taka placówka w końcu w powiecie bocheńskim powstała. Byłoby to idealne domknięcie cyklu rehabilitacji: od nauki w warsztacie po godną pracę w ZAZ-ie. To wyzwanie, o którym musimy głośno mówić, bo nasi podopieczni na to po prostu zasługują.

Wspomniał pan o rozwoju, a ten wymaga miejsca. Obecna siedziba w Proszówkach, choć zmodernizowana, ma przecież swoje ograniczenia. Czy planujecie dalszą rozbudowę infrastruktury?

– Zdecydowanie tak, bo potrzeby wciąż rosną, a my chcemy oferować standardy na najwyższym poziomie. Moim celem, o który będę mocno zabiegał, jest rozbudowa warsztatu w kierunku działki, na której w tej chwili znajduje się staw. Wykorzystanie tego terenu pozwoliłoby nam na stworzenie nowych pracowni i przestrzeni terapeutycznej, której nam brakuje. Chcemy się rozwijać, bo to nie tylko kwestia murów, ale przede wszystkim szansa na przyjęcie większej liczby uczestników i stworzenie im jeszcze lepszych warunków do codziennej pracy i integracji. Wstępne deklaracje ze strony starosty bocheńskiego i władz powiatu już zostały złożone.

30 lat to długa droga, której z pewnością nie przeszlibyście sami. Co przy okazji jubileuszu chciałby pan przekazać wszystkim, którzy wspierali warsztat przez te lata?

– Chciałbym złożyć najszczersze podziękowania wszystkim instytucjom, darczyńcom i osobom prywatnym, ludziom dobrej woli. Wasze wsparcie, zwłaszcza w tak trudnych chwilach jak powódź, dodawało mi i całemu zespołowi sił do ofiarnej pracy. To dowód na to, iż wokół jest bardzo wielu ludzi o wielkim sercu. Pamiętajcie, iż pomoc drugiemu człowiekowi zawsze przynosi ogromną satysfakcję i to dobro po prostu do nas wraca.

Czytaj również:

  • 30 lat misji, pracy i serca. Jubileusz WTZ w Proszówkach – ZDJĘCIA i WIDEO
30 lat misji, pracy i serca. Jubileusz WTZ w Proszówkach – ZDJĘCIA i WIDEO
Idź do oryginalnego materiału